podróż dookoła świata 

   

    [ strona główna ]

 

 

 

   przygoda: 

 

 

via karpatia rumunia czerwiec 2005
 

 

cel:

 

 

Kilkudniowe walesanie sie w rumunskich Karpatach w poszukiwaniu sladów Drakuli, co ciezkie, bo raczej nie chadzal on w gory, jeno z gory staral sie obserwowac innych na swoich woloskich rowninach.

 

 

mapa
operacyjna
:

 

>>

 

 

zapiski
w drodze
:

 

***

Zamek nad zamki. 2 autostopy, 8 km na piechote po ciemku, jedno podwiezienie taksowka dalej (liczac od stopa historycznego opisanego w poprzedniej przygodzie - Dak w ciezarowce) budzimy sie rano na kompletnym odludziu za Hunedoara. Pelen szok. Rozbijalismy sie gdzies po ciemnku, a tu rano zderzamy sie z prawda. Przejmujaca. A raczej ujmujaca swoim, nie bojmy sie tego slowa, pieknem. Jetesmy w jeden namiot nad brzegiem wielkiego zalewu posrod gor. Wystepuje podobienstwo do Soliny. No to hyc do wody. Nic to, ze ma z 5 stopni i od razu przy brzegu z 10 metrow glebokosci.

 

[ Hunedoara, okolice, nocleg podmiejski ]

 

[ Hunedoara, okolice, orzezwiony]

 

[ Hunedoara, okolice, orzezwiajaca sie]

 

Orzezwieni ruszamy w kierunku Hunedoary i juz po chwili dajemy sie zlapac na stopa. Starszy Pan stojacy na poboczu w swojej Daczi, ktora nieopacznie mijamy trabi i macha na nas. Za pol godziny bede jechal, jak chcecie moge Was zabrac do Hunedoary. No i jak tu nie zakochac sie w tej Rumunii. Podjezdzamy pod sama brame zamku. Zamku co sie zowie. Zamku nad zamkami. Wiele roznych widzielismy jednak ta sidziba Korwinow to jest prosze Panstwa to. Zmaterializowana esencja zamku. Zamek w kazdym calu. Zamek z mostem nad przepascia. Zamek z wiezami i wiezyczkami. Zamek kompletnie zachowany. Zamek nieprzerobiony na jakis pozno renansowo barokowy bochomaz, ktorymi zawsze z nigdy nie poznanych przeze mnie wzgledow kaza sie zachwycac. Zamek gotycki. Gotyk gotycki. Troche zepsuty rzeczonym renesansem i romantyzmem dziewietnastowiecznym niemieckim, ktory wszelako katalizuje gotyk w gotyk bardziej gotycki. Bardziej zamkowy. Skladam zatem peryskop i wynurzam sie w celu naladowania akumulatorow estetycznych. Dookolne huty i fabryki przemyslu ciezkiego dodatkowo poglebiaja poczucie odrealnienia. Jest super. Goraco polecam.

 

[ Hunedoara, zamek ]

 

[ Hunedoara, zamek ]

 

[ Hunedoara, zamek ]

 

[ Hunedoara, zamek ]

 

   

[ Hunedoara, zamek ]

 

 

***

Ksiezyc wx12a. Gdzies pomiedzy galaktyka Dakow z planeta glowna Sarmizegetuza a ukladem Hunedoara jest miejsce zamieszkane przez Postmodernow. A wlasciwie Postindustrialow. A wlasciwie zupelnie niezmieszkane, co normlane dla terenow zamieszkanych przez Postindustrialow. Miejsce to nazwijmy dla porzadku Ksiezycem wx12a. Ksiezyc wz12a jest postindustrialny tak bardzo, ze przejezdzajac przez jeg powierzchniie systemy same przelaczaja sie na wizje w sepii. Rudo. Betonowo. Rozwalono. Kilkanascie hut katowice zebranych do kupy. I rozwalonych wybuchem termowodorowym. Zgliszcza poteznych hal, silosow, tasmociagow, kominow, a nawet wiez cisnien. Dziurawe stropy zelbetowe grubosci kilku metrow. Nadgryzione szyby windowe. Powyginane wieze. Kruszejace wielkie piece. A wszystko w promieniach zachodzacego slonca. Poezja rozkladu. I hymn radosci. Serce rosnie patrzac na skutecznosc ataku sil wolnosci na zindustrializowane w kierunku odlewania wiezyczek czolgowych Sovimperium. Porywajacy atak idei na zelbetowe umocnienia imperium zla. Taki odwaz... hola, hola. Po pierwsze nie takie znowu mocne te umocnienia, bo zerodowane, a po drugie jakby inne imperia robily co innego. Stop. Miejsce na poglebiona refleksje historyczna falszywe. Przezywamy patrzac na to wszystko wiec jedynie refleksje czysto estetyczna. W kolorze sepii. Betonowa. Gigantyczna... Ale nie. Nie, jednak rodzi sie refleksja cyniczno-historyczna: ciekawe jest to, ze te wszystkie zelazne armie pancerne Sovimperium produkowane takim nakladem pracy dla Afryki i Bliskiego Wschodu rozwalane byly potem przez kilka izraelskich brygad (Golan, wczesne lata 70te), obsade kilku amerykanskich lotniskowcow (Irak, wczesne lata 90te i ponownie poczatek XXI w), czy piaski kilku pustyn (np. Etiopia). Za duzo pracy, za malo kapitalu zwiekszajacego jakosc pracy, by sprytnie nawiazac do makroekonomii.

Wracajac do zapierajacych dech w piersiach widokow - niestety nie udalo sie nam nic sfotografowac [pedzilismy zadowoleni w szoferce TIRa]. Chyba musimy dac znac Tym ze strony www.opuszczone.com.

 

 

***

Pavel. Dojechalismy kilkoma polaczeniami z Hunedoary do Sibiu w drodze do Braszova i gor wreszcie jakichs, w ktorych ciekawie byloby postawic stope, skoro przygoda ta Via Karpatia zwac sie ma. Dojechalismy do Sibiu. I koniec. Strajk kolei. Nie ma przejazdu dalej. Taksiarze kraza wkolo nekajac zaczepnie w kierunku naszej sakiewki. Cyganskie dziecko zachodzi z prawej i lewej instruowane przez matke, zupelnie jak pocisk kierowany na uwiezi. Czas zatem zmienic teatr dzialan i zrecznym manewrem wymijajaco oskrzydlajacym przejsc do natarcia. Ustawiamy sie na wylocie z kartka Brasov i po 15 minutach zatrzymuje sie passat na niemieckich blachach. Ich bin Pavel. Ich haisse Konrad. Sie ist Margareta. No i jakos tam lamana moja niemczyzna zaczynamy proces komunikacji. A raczej Pavel zaczyna. Pavel jest Swiadkiem Jehowy. Pavel przejmuje inicjatywe. Pavel przechodzi do natarcia na nasza wiedze biblijna. Cos nam sie dzisiaj zrobilo wojskowo mysle. Ale tu mam tajna bron. Oto, w zwiazku z doswiadczeniami mlodszego okresu dorastania, mam calkiem niezle zorientowanie w nauce Swiadkow Jehowy. Ha. Imie Boga? Prosze bardzo. Co jest napisane w Biblii tu i tu? Prosze bardzo. Pavel troche zdziwiony chyba. Jednak przez moj slaby niemiecki i trudnosci na drodze dyskusja swiatopogladowa nie rozwija sie poza granice wstepne. Sciemnia sie. Deszcz. Duszno. Troche karkolomna jazda. Braszov. Centrum. Noc. Czas znalezc nocleg. Idziemy. Gdzies nad miastem unosi sie swietlisty napis Brasov [Hollywood to czy co]. Zza niedomknietych okiennic slychac pochrapywania. Aura Kota Spajdera przeciaga sie. Szykuje do polowania.

 

[ Brasov, napis nad miastem ]

 

***

Babcia z Brasova. Spimy z cala brygada miedzynarodowych wloczykijow w milym hostelu Rolling Stone. Nazwa jakze trafna w zestawieniu z charakterem Marii, wlascicielki, meteorologa na lotnisku wojskowym, osoby intensywnej, ktorej wszedzie pelno. No tak. Rolling stone gather no muss. Toczacy sie kamien nie porasta mchem. Mile miejsce. Jednak bez dluszej pesrpektywy dla nas [cena - 13$ od osoby za lozko w wieloosobowym pokoju - nie do zaakceptowania dla kogos kto postawil sobie za cel podrozowac tanio]. Wieczorem przychodzi Aura Kota Spajdera.

- Siadajcie - mowi - Musimy powaznie porozmawiac.

Siadamy, nie bez obaw.

- Jest tak - mowi - ze spotkalem ta i owa i jest koniecznosc, rozumiecie sami... - wymownosc ruchu wasa, ktory towarzyszy tej wypowiedzi nie pozostawia niedopowiedzen. Choc, jak pozniej sie okazuje, ponownie sie mylimy mierzac wszystko swoja miara.

- Musimy rano zmienic miejsce, wszystko rozegra sie niby przypadkiem, po prostu wyjezdzajcie z miasta, a przynajmniej zbierzcie sie i idzcie na dworzec.

- Ale... - usiluje wejsc w slowo.

- Spokojnie, spokojnie, troche zaufania sie nalezy - lekko zniecierpliwiony ton Aury Kota Spajdera nie zdradza checi do szerszej dyskusji.

No tak, po Przemyslu i Wiewiorze, zaufanie sie faktycznie zwiekszylo, zaufanie i pokora wobec ogromu faktow niedostrzeganych przez nas dotad. Tak wiec dobrze, zgadzamy sie. Niech bedzie. Rano zwijamy sie i idziemy w kierunku dworca. Zaglebieni w kolejnej fali dyskusji docierajacej nasze postawy indywidualne w cos co mimo wszystko przypomina, miejmy nadzieje, w niektorych momentach jednak jakas wersje demokracji. W pewnym momencie, na glownym placu miasta, czuje czyjas reke na ramieniu. Lekko naciska, jednak bez nachalnosci. Odwracam sie chcac, pobudzony nasza dyskusja, sklac jakies kolejne cyganskie dziecko domagajace sie pieniedzy. A tu Babcia. W calej babcinej krasie. Ze wszystkimi babcinymi regaliami. Usmiecha sie delikatnie. Babcinie. Ale jakos jednoczesnie kocio. Kocio? Pyta czy nie potrzebujemy pokoju. Lekkie zawachanie, ale oczywiscie nie potrzebujemy pokoju. Dopiero co rozmawialismy z Aura Kota Spajdera. Mamy isc na dworzec. Wiec zaczynamy isc. Babcia jednak spokojnie mowi, ze niedaleko, ze tu i ze zaraz i ze tanio. Nie moge oprzec sie wrazeniu, ze co drugie slowo Babcia pomrukuje. Pomrukuje? I w ogole zachowuje sie jakby wypowiadala jakies haslo. Nie, nie, to nie mozliwe. Juz chce odchodzic, ale jednak niewiedziec dlaczego Gocha kiwa glowa. Potem Gocha mowi, ze tez miala skojarzenie z mruczeniem. I ze to musialo byc to. Wiec sie zgodzila. Po chwili giniemy w polmroku bramy odchodzacej od glownego placu. Niezle miejsce i cena o polowe mniejsza niz w hostelu. Wchodzimy do klatki schodowej zrobionej w skret muszlowy. Drewno i ta wszechobecna lamperia z dyzurnej zoltej farby. Mieszkanie z milym chlodem. I z ciepla woda. Z wygodnym lozkiem. Babcia pokazuje wszystko, wyjasnia, po czym bez slowa podchodzi do mojego plecaka, poluznia zapiecia i po chwili Aura Kota Spajdera wynurza sie, przeciaga i zeskakuje na podloge. Przeciaga, prostuje ogon i zupelnie bez slowa odchodzi z Babcia do jakiegos pokoju na koncu ciemnego korytarza. Zamykaja drzwi. Dobra, no dobra ...- mowimy do siebie - wiedza, co robia. Zajmijmy sie soba. No i zajmujemy sie soba przez kolejne trzy dni czekajac zgodnie z zostawiona nam instrukcja, ktora znajdujemy nastepnego dnia rano wypisana szminka (szminka !) na starym lustrze z zoltymi zylkami luszczacej sie farby w lazience: Powiem kiedy mozemy jechac. Nie przeszkadzajcie. Milego wypoczynku w Braszovie. Dobrze. No, dobrze. Chodzimy po Braszovie. Jemy bulki slodkie. Pijemy miescowe wino. Ogladamy sobie taki rumunski mikrokrakow. Niczego sobie. Wracamy do domu. Ogladamy kablowke. Raczej glosno, bo z pokoju na koncu korytarza dochodza rozne rozpraszajace odglosy. Jeczenia. Dudnienie. Stlumione glosy uniesione. Spokoj. Za chwile od nowa. No coz staramy sie nie poruszac tego  tematu, bo odglosy sa w zasadzie jednoznaczne. Tak, jednoznaczne. Ale z Babcia?! Ale z Kotem?! No coz wolimy pomijac to milczeniem. Zwlaszcza zas ja wole. Zwlaszcza zas czestotliwosc. Drugiego dnia wieczorem z konca korytarza oprocz dzwiekow juz zupelnie wyraznych i utwierdzajacych w naszym poczatkowym domysle zaczyna rozchodzic sie jakas dziwna won.  Slodkawa. Z dodatkiem jakiegos drzewa. Hm. Wlaczamy sobie film. Cale szczescie w rumunskiej telewizji nie wiedza co to dubbing i mozemy udawac, ze wsluchujemy sie w zawilosci angielskiego dialogu. Rano idziemy do lazienki zastanawiajac sie ile nam przyjdzie jeszcze spedzic czasu w Braszovie wsluchujac sie w dzwieki i wwachujac w zapachy. W kuchni zastajemy Aure Kota Spajdera i Babcie. Wyraznie zadowolonych. Wyraznie po sniadaniu. Wyraznie..., wlasciwie zaraz, zaraz, wlasciwie niewyraznie. Babcia i Aura Kota Spajdera zdaja sie wymieniac usmiechami. Raz usmiech babci jest na miejscu, to znaczy u Babci, raz u Aury Kota Spajdera to znaczy najwyrazniej, przynajmniej wedlug naszych standardow, nie na miejscu.  Stajemy jak wryci. Aura Kota Spajdera i Babcia zdaja sie nie przeszkadzac sobie. Usmiechy wiruja. Obrzydliwe! Nawet Gocha sie tak do mnie potem nie usmiecha. Nawet nie moge sobie zapalic!

- Bedzie - mowi Aura Kota Spajdera  - do Babci, a do nas:

- OK, jest dobrze, udalo sie, mozemy ruszac dalej. Pakujemy sie. To - rzuca mi jakas flaszeczke - wloz do plecaka kolo mojego legowiska. Tylko nie zapomnij i nie zagladaj. Jakby mnie obchodzila jakas flaszka! Patrze na niego wymownie, z wyrzutem. Toz pouzywal sobie za wszystkie czasy. Nawet po zebraniu sie i pozegnaniu, i wyjsciu, patrze na niego wymownie. Dolacza Gocha. Patrzymy.

- Oj, dzieci, dzieci - z poblazaniem mruczy Aura Kota Spajdera, wskakuje do plecaka i zwija w klebek i za chwile popada w objecia kociego Morfeusza. O tym co sie rzeczywiscie dzialo w pokoju na koncu korytarza i co - strach pomyslec - bylo owocem  tych przedsiewziec mielismy sie przekonac dopiero w Stambule.

Przekonac jakze bezposrednio.

 

[ Brasov, Babcia z Brasova ]

 

[ Brasov, lokalne klimaty ]

 

[ Brasov, lokalne klimaty ]

 

[ Brasov, poranna porcja kofeiny przed atakiem na krainy gorskie ]

 

***

Dyskurs polityczny uproszczony - Rumunia. Przemieszczamy sie na pozycje wyjsciowe do ataku na gory Bucegi. Poludniowa czesc Karpat, wysokosc 2300 - 2500 m n.p.m. Miejscowosc Sinaia. Tu nasze gorskie wedrowki poprzedzamy zwiedzaniem tego XIX wiecznego letniska oraz letnich palacow krolow rumunskich. To znaczy wlasciwie krolow teutonskıch. To znaczy wlasciwie jakich krolow?

 

[ Sinaia, krol Karol ]

 

I tu zaczyna sie zupelnie niewinnie i zrazu niesmialo calkiem powazna, acz uproszczona dyskusja polityczna, ktora towarzyszy nam w poczatkowej wedrowce na wysokosc wyjsciowa 1400 m n.p.m. Zaczyna Gocha od tego, ze wlasciwie to tak jakos niehonorowo tak zaprosic sobie teutonow w postaci Hohenzollernow (pewnie w jakims tam ukladzie z Habsburgami) do kraju, zeby rzadzili - bo ponoc pierwszego z nich Rumuni zaprosili. Po chwili dyskusji mamy juz jasny obraz: Rumunia czyli polaczenie 3 krain - krainy moldawskiej (tu glowny bohater to wielki pietnastowieczny krol ostatnio wyswiecony przez naszego papieza na swietego: Stefan Cel Mare, Stefan Wielki, i rozne, w tym polskie zabiegi w celu zyskania wplywow, w celu uzyskania buforu przed Turkami, w celu ochrony swoich terytoriow lub zyskania przewagi w pojedynku rodzin - np: Jagiellonowie vs Habsburgowie - nie tak dawno wygranym przez Stalina w pakcie Ribentropp  Molotow zmaterializowanym oddaniem Moldowy w sfere wplywow Sovimperium), krainy woloskiej (z Drakula, a jakze, jako jednym ze swoich krolow, najbardziej doswiadczona najazdem tureckim) oraz transylwanii, czyli krainy za lasem (Dackiej, zajetej przez Rzymian, opuszczonej z trudnosci utrzymaniowych przez Rzymian, mocno wegierskiej, utraconej przez Wegrow, osobnej w ramach cesarstwa Habsburgow, skolonizowanej przez Niemcow, w koncu w panstwie Rumunia) - zatem Rumunia, to w pewnym sensie twor Habsburgow/ Hohenzollernow. Wczesniej krainy skladowe istnialy osobno, ale po co miec osobne krainy i moze jeszcze w kazdej musiec zaprowadzac porzadek skoro mozna miec jedno panstwo zalezne, z ludzmi scementowanymi jedna idea (romanskosc, ha i mamy odpowiedz o co chodzi z tymi pomnikami Romusa i Remulusa  w kazdym miescie na centralnym placu), no i ich/ naszym krolem. Wiec Rumuni poddani. Wiec troche nie honorowo. Wiec nie tak jak Polacy, ktorzy nie przyjeli do wiadomosci tej historycznej prawdy, ze poddanie sie to tez wyjscie [calkiem wygodne]. Wiec skoro inni sie poddaja, bo przykladow przeciez dookola wiecej, to co z ta Polska. I tu naturalnie przeszlismy do Polski.

 

 

***

Dyskurs polityczny uproszczony - Polska. Tu juz poszlo blyskawicznie. A wiec tak: w Polsce brak jest prawdziwej dyskusji o strategicznym miejscu Polski w swiecie za lat powiedzmy 100. Jak chcemy wygladac za lat 100. To jest pytanie. Drogi sa teoretycznie 3:  uzaleznic sie od innych, uzaleznic innych od siebie, homeostaza. Droga pierwsza odpada, bo to nie chcemy sie uzaleznic, ale poza tym zawsze jako wyjscie pozostaje. Droga druga i trzecia po dobrym zastanowieniu to w roznych przejawach intensywnosci to samo. To znaczy to samo jesli chodzi o fakt, ze zeby nie dac sie uzaleznic i zyc w homeostazie z innymi trzeba miec pozycje, z ktora inni beda sie liczyli. I to samo, jesli chodzi o fakt, ze zeby zaczac uzalezniac trzeba najpierw miec pozycje pozwalajaca na homeostaze, a potem nadwyzke tej pozycji, ktora pozwoli na uzaleznianie innych. Co wiecej, z praw natury wynika jednak, ze uklady daza do dominacji w celu zapewnienia sobie i podtrzymania ogolnego rozwoju. Dominacji jesli nie wprost terytorialnej (bardziej dawniej), to kapitalowej (bardziej obecnie), czyli tak czy inaczej politycznej. Tak wiec po odrzuceniu drogi pierwszej Polsce pozostaje jedynie kurs na umocnienie wlasnej pozycji. Pozycje umocnic mozemy dajac cos komus i dostajac cos w zamian. Np. unikalne surowce (dotad nie mamy i nic sie nie zapowiada), albo wsparcie czyichs dzialan. W przypadku Polski nie moga to byc silni sasiedzi (Rosja i Niemcy) bo do niczego specjalnego nie potrzebuja naszej solidarnosci. Oni zgodnie z prawami natury wystepuja na tej scenie w charakterze ukladow posiadajacych mozliwosci dominacji nad mniejszymi panstwami regionu, w tym Polska. I z tym - jak sie nie wykorzystalo w XVI i XVII wieku mozliwosci oslabienia Rosji, ktorej wielkomocarstwowosc rosla pozniej bujnie pod pielegnujaca niemiecka reka (elity rzadzace Rosja to przez dobrych kilkaset lat w duzej mierze Niemcy) - trzeba sie po prostu pogodzic. Zadne inne panstwo europejskie (poza Wielka Brytania, o czym zaraz) nie ma w chwili obecnej interesu, ktorego potrzeba wsparcia przez Polske bylaby na tyle silna, aby Polska mogla wykorzystac to do budowy swojej pozycji. Szczesliwie, i jest to szczescie, ktore powinnismy - biorac pod uwage perspektywe historyczna - docenic szczegolnie, wystepuje zbieznosc naszych interesow z interesami USA. Szczesliwie moglismy odegrac zbiezna z interesami USA istotna role w rozbrajaniu ZSRR (kraj, ktory mozna bylo wykorzystac do rozpoczecia rewolucyjnych przemian konca lat 80tych) i szczesliwie teraz mozemy odgrywac zbiezna z interesami USA role strategicznego reprezentanta USA w Europie (przeciwwaga wspolnie z Wielka Brytania Niemiec i Francji w Unii Europejskiej). USA to parasol dla Polski. Parasol, ktory trzeba podtrzymywac zdajac sobie sprawe z faktu, ze nie bedzie wiecznie trwal. Podtrzymywac (np. poprzez udzial w dzialaniach w Iraku) i w tym czasie budowac swoja pozycje. Na przyklad, tak jak to robimy, poprzez wspieranie przemian na Ukrainie, poprzez stworzenie ukladu z Wielka Brytania i Hiszpania w celu wspolnego dzialania w Unii Europejskiej (po obecnym oslabieniu ukladu Niemcy - Francja jest to duza szansa), poprzez wspieranie, ale nie tak znowu przyspieszanie akcesji innych panstw do Unii (musimy wykorzystac fundusze unijne do dokapitalizowania infrastruktury i miejmy nadzieje edukacji), poprzez dzialania spektakularne, z ktorych jestesmy znani i z ktorych powinnismy z pelna samoswiadomoscia uczynic towar eksportowy (akcje Gromu, akcje wywiadu w bloku czerwonych panstw arabskich). Nasze wzmacnianie bedzie nie w smak innym. Beda krzyczec (Francja), beda starac sie porozumiewac nad naszymi glowami (Niemcy), beda starac sie nas zdyskredytowac (Rosja). To naturalne. Swoje trzeba robic. A na zadne zaczepki nie reagowac publicznie. Nie dac sie podpuscic. Jechac do Moskwy na obchody ktorejs tam rocznicy konca drugiej wojny swiatowej trzeba. Prostowac informacje o polskich obozach zaglady we Francji trzeba. Promowac polska wersje historii trzeba. Pietnowac ruchy sponsorowane przez obce interesy (np. Mlodziez Wszechpolska) trzeba. No a wewnetrznie odczarowac pojecie patriotyzmu. Spokojnie i bez oszolomerii rozpoczac wreszcie dyskusje w jakims powaznym osrodku naukowo - edukacyjnym o strategii - jak Polska ma szasne wygladac za 100 lat. Jakie sa nasze cele. Uczyc myslec politycznie o ich realizacji - oczywiscie ze kategoriami win-win i oczywiscie ze kategoriami, ze duze zjada male (i to oczywiscie oboma kategoriami jednoczesnie). Nie wstydzic sie, ze tak jest. Tylko to wykorzystac. Takiego podejscia nam przynajmniej brakuje. Tak sobie myslimy idac na pozycje wyjsciowe gorskie.

 

 

***

Gorskie historie.

Odwazny atak na szczyty Karpat wschodnich nosi znamiona profesjonalnego. Po pierwsze Gocha zaopatruje sie w bron, co zostaje udokumentowane fotograficznie, po drugie wbudowujemy w swoje dzialania element zaskoczenia poprzez desant z wykorzystaniem kolejki linowej na odcinku 700 metrow w pionie. Nasze nogi nie posiadaja sie z radosci. Pan Wagonikowy w kolejce - 17 wieczor, ostatni wagonik w gore, Gocha z bronia za pasem - zezuje w nasza strone niepewnie. No, coz. To juz miesiac poza domem. Niedobory magnezu i rosnacy stres daja o sobie znac.

 

[ Gory Bucegi, tajna bron ]

 

Na gorze wygwizdow. Trudno ustac na nogach. Dajemy sie wiec skroic kelnerowi w pobliskim schronisku, ktore okazuje sie restauracja z wygaszona kuchnia, ale zupe jakas maja - idziemy tam, zeby juz na wstepie nie naruszac naszych zapasow zywnosciowych, ktorych zreszta nie mamy - wiec jemy, po czym pan tlumaczy ze zup dostalismy 4 nie 2 i chleba porcji 8. Dobrze wiedziec - mysle, po czym daje portfel Gosze i ide wykorzystac atut miejsca do maksimum, a w zasadzie zeby nie patrzec na to krojenie. Skrojeni i lzejsci wychodzimy w gory. A tu wygwizdow. Wieje. Trudno ustac na nogach. Podciagamy sie na 2300 m n.p.m. A tu budka straznicza. A w budce wartownik. Z kalaszem. Pilnuje masztu. A tu wygwizdow. Wieje. Trudno ustac na nogach. Oczywiscie nie jak sie ma budke. Ale my nie mamy wiec ruszamy w gore i w dol i w gore i w dol i w dol. Widoki zapierajace dech w piersiach. Wiatr zapierajacy dech w piersiach. Wysokosci chyba tez zapierajace dech w piersiach. Szczegolnie jak od rana wciagnelo sie tylko te 8 mikroporcji chleba i 4 minizupy na dwoje.

 

[ Gory Bucegi, gory ]

 

[ Gory Bucegi, gory ]

 

[ Gory Bucegi, gory ]

 

[ Gory Bucegi, gory ]

 

[ Gory Bucegi, gory, w dole miejscowosc ]

 

[ Gory Bucegi, gory ]

 

 

Po chwili wylania sie stadion lekkoatletyczny. Ale przynajmniej brak straznika. Choc wciaz wygwizdow. Wieje. Trudno ustac na nogach. Idziemy dalej. Popatruje z niepokojem przez ramie. Stadion nie znika.

 

[ Gory Bucegi, stadion ]

 

Ale pojawia sie mysl, ze zeby przed kolejnym bardziej ambitnym wystapieniem w maratonie pocwiczyc tu z miesiac. To by bylo dobre. To by bylo dobre. Z ta mysla ja, z innymi Gocha, dochodzimy do schroniska, ktore okazuje sie jednak hotelem sportowym w stanie budowy choc juz jakby jednoczesnie rozkladu [tynk sie sypie, gruz lezy]. Patrza na nas dziwnie o co nam chodzi z tym spaniem. Po czym rzucaja jaks dziwna cene. To sie nie schraniamy w tym schronisku, ktore nie jest schroniskiem, tylko idziemy. Idziemy i myslimy. A tu wygwizdow. Wieje, ze trudno ustac na nogach, choc juz latwiej niz na poczatku. Jak latwiej to znajdujemy sobie jakis zlebik wygladzony przez wode z topniejacego sniegu i kawalek plaskiej polki i rozbijamy namiot.

 

[ Gory Bucegi, nocleg ]

 

[ Gory Bucegi, nocleg ]

 

[ Gory Bucegi, sniegi ]

 

Przyjemnie, ale zimno jak w lodowce. Co zreszta uzasadnione, bo 15 metrow wyzej lezy jeszcze tona lub dwie zbitego sniegu. W nocy probujemy rozgrzac sie jakims mocniejszym slowem na temat spiworow. Ale przynajmniej jest przygoda. Rano budza nas tysiace dzwonkow i zagadka z dnia poporzedniego, a mianowicie dlaczego te owce tak sie obficie wyprozniaja - zostaje rozwiazana. Wychylam sie. Otaczaja nas setki krow [ale chyba musza miec cos wspolnego z kozicami]. Dzwonia. Ze zdziwieniem patrza na nas. I dzwonia. Czekaja zebysmy oddzwonili. Okreslili sie. My jednak chowamy sie do namiotu. Co zrobic z tak dobrze zaczetym wypadem? - myslimy i postanawiamy jednak cos zrobic. W rytm krowich dzwonkow zaliczamy w kolejnych dniach 5 fajnych szczytow powyzej 2000 m n.p.m., raz bladzimy jakas sciezka dziwna a wyprowadzajaca na piekne ekspozycje, kilka razy robi sie nerwowo na sniegu ktory gladko doprowadza do krawedzi urwiska, a raz spimy na 2507 m n.p.m. - 8  metrow nad polskimi Rysami, co nie jest niby niczym nadzwyczajnym, a jednak niezmiernie nam sie podoba. Atmosfera tego noclegu wyjeta zywcem z czarnobialych filmow hollywoodzkich z lat 40. pozostanie na dlugo w naszej pamieci. Za oknem chmury i grad, wewnatrz drewnianej chatki stara koza opalana gazem z butli, slodka herbata z jakimis ziolami, ostre kielbaski z fasolka [i to wszystkie wygody; o elektrycznosci i biezacej wodzie musimy zapomniec - to jest schronisko naprawde schroniskowe, a nawet bardziej, jak na szczyt przystalo].

 

[ Gory Bucegi, Omul 2507 m npm zdobyty ]

 

[ Gory Bucegi, zaparowane schronisko Omul ]

 

***

17 lat w studni. Schodzimy z gor. Schodzimy caly dzien i nie udaje nam sie zejsc do konca. Pod  wieczor ladujemy kompletnie wykonczeni w czyms co mogloby byc pieknie polozonym schroniskiem, ale jest czyms w trakcie budowy ze strasznym pierdzielnikiem wokol. Ale niespodzianka - jest pokoj, i to z lazienka, i to z ciepla woda, i to bardzo tani, i to z pieknym widokiem [jezeli nie patrzy sie w dol, na gore smieci]. Od rana znowu schodzimy, schodzimy caly dzien i hamujemy z piskiem podeszw w Rasnovie. Znanym z zamku chlopskiego nigdy nie zdobytego, raz poddanego, czyli jednak chyba zdobytego, wbrew miejscowym informacjom historycznym. Tak czy inaczej zamek robi wrazenie, gdyz w zasadzie jest to male miasteczko otoczone dwoma zamkami, na gorze. Podczas zagrozenia od Turkow, Tatarow, Wegrow, lokalnych wladcow, czyli chyba dosyc czesto, wszyscy mieszkancy Rasnova i dwoch innych miejscowosci wraz z dobytkiem przenosili sie do tego umocnionego siedliska i tam, patrzac w dol, a wiec na dosc nieprzyjemny obraz poczynan najezdzcow w miasteczku, zaczynali obrone w oblezeniu. Podczas jednego takiego oblezenia wydalo sie ze w zamku nie ma wody i noca obroncy wymykaja sie do pobliskiego zrodla. No i to byl w zasadzie koniec obronnosci Rasnova. Wiec Rasnovianie zebrali sie. Naradzili. I uradzili. Wzieli dwoch jencow tureckich, dali im kilofy, ustawili na wzgorzu 150 metrow wysokoskci wzglednej. No. A, i jeszcze powiedzieli ze jak sie dokopia do wody to beda wolni. No i chlopy kopaly. 17 lat.  Studnia jak sie patrzy.  

 

[ Rasnov, zamek chlopski ]

 

[ Rasnov, zamek chlopski ]

 

[ Rasnov, zamek chlopski, wizytacja chlopa polskiego ]

 

***

Przyjaznosc Rumunow - probka. Braila, w drodze do delty Dunaju. Noc. Idziemy do hotelu. Nie ma miejsc. Do drugiego nie ma miejsc. Przechodzimy z plecakami kolo jakiegos biura. Wyskakuje ochroniarz. Cos tam wiazemy z roznych slowko-gestow. W koncu przechodze na angielski. Gosc cos mowi do innych - ... doi polonezi... Za chwile jacys goscie podjezdzaja samochodem, wsadzaja, wioza przez miasto, dzwonia, przed hotelem wpadamy wprost w objecia recepcjonisty, recepcjonista przeprasza ze dzis klimatyzacja nie dziala, ceny troche przy tym kosmiczne, mowi nie ma problemu, wychodzi z nami, prowadzi przez 3 ulice do innego hotelu, tlumaczy recepcjonistce z tego ze to i owo, i oto jestesmy. Zdezorientowani. Strach wychodzic z plecakami na ulice. Strach isc do sklepu. Strach pytac o droge na dworzec. Bo ci pomoga!

 

 

 

  praktykalia:

Obejrzyj palac Peles w Sinai - rzeczywiscie robi wrazenie, glownie wewnatrz, wiec nie zaszkodzi. Urzadzenia elektryczne z zeszlego wieku wciaz dzialaja [np. rozsuwany szklany dach, winda na jedzenie z kuchni do jadalni]. 

 

[ Sinaia, palac Peles ]

 

Zabiwakuj - teoretycznie mozna wszedzie i wyglada ze praktycznie tez. Rano zwykle pobudka przez owce lub krowy gorskie rumunskie z dzwonkami u szyi.

 

Jestes w Hunedoarze i chcesz sie najesc za pol darmo? - idz do stolowki studenckiej. Trafilismy na nia przypadkiem. Miesci sie przy Str. Aurel Vlaicu 61 (albo 65, w kazdym razie obok 63). Zupy kosztuja od 60 groszy do 1,80 zl, surowka 40 groszy, porcja ziemniakow jeszcze tansza.

 

Uwazaj na schroniska gorskie (cabany) w gorach Bucegi - wiele z nich nie ma nic wspolnego ze schroniskami w naszym tego slowa rozumieniu, przypominaja raczej hotele w jakims tam stanie rozkladu choc sa dopiero zwykle budowane (ot taka miejscowa specyfika w wiekszym stezeniu znana np. z Grecji, Egiptu i w ogole z Orientu). Polecamy jednak spanie wyzej niz Rysy, bo na 2507 m. w Cabanie Omul na szczycie Omul. Atmosfera jak ze schronow gorskich pokazywanych w czarno bialych filmach o latach 40 tych z wytworni Hollywood. Polecamy po zejsciu z gor cabana Diham, bo w pokoju sa prysznice. I ciepla woda wieczorem. A to juz cos czym nie mozna pogardzic [zwlaszcza ze cena bardzo przystepna]. Ostrzegano nas, ze gory Bucegi to bardzo turystyczny region - moze, jednak my czulismy sie jakbysmy byli sami w calych gorach, prawie nikogo nie spotkalismy, choc wakacje w Rumunii juz sie zaczely [ale moze to kwestia pogody - byla bardziej zimowa niz letnia].

 

  więcej zdjęć >>

[ Brasov, maska posmiertna 4 burmistrza ]

 

[ Brasov, proba czarnego ]

 

[ Sinaia, palac Peles, detal ]

 

[ Sinaia, palac Peles, detal ]

 

[ Sinaia, palac Peles, detal ]

 

[ Sinaia, palac Peles, detal ]

 

[ Sinaia, palac Peles, kto wola, czego chce, plyne ]

 

[ Sinaia, palac Peles, pies ]

 

[ Sinaia, palac Peles, detal ]

 

[ Sinaia, palac Peles, proba przed grubszym ]

 

[ Sinaia, palac Peles, z grubszym ]

 

[ Sinaia, palac Peles, detal ]

 

[ Sinaia, palac Peles, drzwi ]

 

[ Gory Bucegi, kwitna ]

 

[ Gory Bucegi, bohaterom narodowym ]

 

[ Gory Bucegi, schody ]

 

[ Gory Bucegi, schody ]

 

[ Gory Bucegi, my ]

 

[ Gory Bucegi, grzyb ]

 

[ Gory Bucegi, radosc, jeszcze nie wiem, ze wlasnie zabladzilismy ]

 

[ Gory Bucegi, slabo, w dole przestrzen za krawedzia, przyzywa ]

 

[ Gory Bucegi, 10 godzina schodzenia ]

 

[ Gory Bucegi, na zachod marsz, na zachod ]

 

[ Gory Bucegi, gory nie puszczaja latwo ]

 

[ Gory Bucegi, podgorze, flora ]

 

[ Gory Bucegi, podgorze, flora ]

 

[ Gory Bucegi, podgorze, flora ]

 

[ Gory Bucegi, podgorze, flora ]

 

[ Gory Bucegi, podgorze, flora ]

 

[ Gory Bucegi, podgorze, fauna, przenosne ule iı przenosne pszczoly ]

 

[ Gory Bucegi, podgorze, fauna, mis ]

 

[ Gory Bucegi, podgorze, gory pokonane ]

 

[ Gory Bucegi, gory pokonane az milo ]